Dotyk nadmorskich drewienek

Nad morzem najpierw cieszę się przestrzenią.  Chłonę dźwięki fal. Zanurzam stopy w wodzie. Pozwalam wiatrowi targać włosy. Dopiero po pewnym czasie zaczynam zauważać, że niektóre miejsca są pełne patyków, kamyków, muszelek. No i w końcu zaczyna mi brakować rąk do niesienia skarbów.

Kiedy robiłam asamblaż z futrzaną spiralą, z rozpędu zaczęłam też układać drugą z drewienek i kamieni zebranych nad morzem. A co z tłem? Jak oddać to morskie środowisko z którego wzięłam materiały? Ten nieustający ruch fal wciąż obracających, wygładzających krawędzie. Mokrość – suchość? Bycie w ciągłej zmianie?

Chciałam, żeby to było coś z innej bajki, ale o podobnych właściwościach. Ruchliwe, zmienne. Słowa? Drobniutkie litery, nieczytelny sens. Wycinam przypadkowe szpalty tekstu.

Kleiłam je warstwami robiąc coraz większy bałagan dający wrażenie płynięcia. Pojedyncze litery, zlepki, a czasami całe słowa jak szumowiny niesione przez prąd. Niepewna czy uzyskałam efekt, dla pewności zalałam całość przezroczystą masą zabarwioną na niebiesko.

Zaskoczyła mnie gładkość tego co płynie contra chropowatość tego co stawia opór.

Dotyk kamienia był znajomy. Ale kiedy przesunęłam dłoń po drewienku odczułam jego niebywałą lekkość, a szorstkość powierzchni odebrałam jak dźwięk rozchodzący się po ciele.

Drewienko dało wrażenie pustki, kamień pełni.

Przeskakując palcem po kamykach w drodze do środka spirali przyszło mi do głowy słowo SEDNO. Jakby w samym centrum wiru krył się sens, do którego po kamykach się podąża.

Przypomniałam sobie jaką to frajdę sprawiało mi zawsze chodzenie po kamieniach na brzegu jeziora lub po górskim strumieniu. Małe kroki, duże, tam i z powrotem. Czasem kamień był niestabilny. I wtedy przyszły do mnie słowa:
Z kamienia na kamień na kamień przeskakuje dziewczynka.
Buduje słomiane mosty pomiędzy przeszłością a przyszłością.
A czas płynie, nie zważając.”

Mosty!

Nie lubię spirali, tej drogi tak długiej, gdy jest się tuż, tuż ale ciągle daleko. Irytuje mnie konieczność przestrzegania kolejności, kiedy w wyobraźni już jestem w środku! Może nie trzeba wcale chodzić dookoła? Zrobię kładki, nie trzeba będzie przechodzić całej spirali.

Może pozioma linia? Ale nie bardzo to pasuje, drewniano – kamienne wysepki mają inny rytm.

Zaczynam czuć nonsens swojego pomysłu. Kamienie tylko pozornie są nieruchome.  Są wirem, tak samo jak woda. Tylko ich ruch jest powolny. Nie da się ułożyć prostej, jasnej, zrozumiałej drogi pomiędzy przeszłością a przyszłością.

W tym pełnym ruchu świecie, trzeba by mosty budować ciągle od nowa. Mieć w sobie gotowość na porzucenie znanej wyspy i odwagę by most przerzucić w nieznane. Być jak dziecko, które z taką samą łatwością zarówno buduje, jak i burzy, szukając ciągle od nowa i od nowa najlepszego porządku. Bez szans.

Chociaż? Kiedy czasem w życiu zdarza się taki przebłysk jasności, pojmowania, może to właśnie taki moment kiedy mosty niesione zwielokrotnionym ruchem zbliżają się do linii?

Nie potrafię rozstać się ze swoim pragnieniem stworzenia mostu. Doklejam krzywe kładki zrobione z niby-wiersza.