Dotyk Słońca

Znad morza przywiozłam drewienka wyjątkowo starannie obrobione przez wodę, z idealnie zaokrąglonymi końcami. Było coś urzekającego w prostocie ich kształtów. Czuć było, że mają za sobą długą historię turlania po morskim dnie. I dużo skumulowanej energii. Ułożyłam z nich Słońce. Takie najprostsze, jakie rysowało się w przedszkolu: koło i rozchodzące się na wszystkie strony promyki.

Co w centrum? Coś złotego? Soczewka? Lusterko?

A co wokół? Chcę oddać słoneczność, wakacyjność, rozprzestrzenianie się, obejmowanie przez gorąco. Może znów litery?

Przeglądam gazety. Wybieram szpalty z tłem w odcieniach kojarzących się z pełnią lata – żółte, lekko kremowe, pomarańczowe i układam wycinki promieniście. Ale nie ma równowagi pomiędzy kolorowym rozedrganiem tekstu a prostotą patyków. W końcu rezygnuję z bardziej intensywnych kolorów. Ale robi się nudno. Co z tym zrobić?

Na tło zrobione z drobnego tekstu kładę wyłuskane z tytułów wielkie litery alfabetu. Bawię się nimi na różne sposoby. A może alfabet? Układam litery w różnych wielkościach. Pojawia się wrażenie ruchu.

W podstawowej wersji alfabetu są 24 litery. Rozkładam je równomiernie. Zaskakuje mnie  przypadkowy fakt, że A i M wypadają naprzeciwko siebie. Narzuca mi się skojarzenie ze słowem MAMA.

Słowo jest mocne, przejmuje dalszą organizację obrazu.

Poddaję się mu.

Jak je ustawić? Może pionowo, bo przecież dobre rady mamy są jak północ na kompasie? Ale lepiej się czyta w poziomie.

Słowo chce być widoczne więc robię drobny błąd w szyku liter. W wersji poziomej daje wrażenie linii horyzontu. Podążam za tym skojarzeniem i zmieniam dolną połowę gotowego tła na negatyw z białymi literami na czarnym tle. Mam teraz zachód Słońca, niebo, wodę…

Kiedy patrzę na ostateczną wersję, widzę, jak pięknie połączyły  się  wszystkie elementy.

Mama – w nią dziecko jest wpatrzone jak w słońce.

Mama – uczy alfabetu życia.

Mama – wyznacza horyzont postrzegania świata.

Przyklejając patyki, bardzo starałam się aby nie było żadnej regularności w układzie promieni. Ale mimo to z daleka wygląda jak monstrancja.

Mama – jest świętością.

Długo później dostrzegam coś jeszcze. Pomyłkowo zaczęłam przyklejać brokatową podstawkę w centrum słońca nie z tej strony. Ale nie usunęłam warstewki kleju. Pomyślałam, że może przezroczysta faktura jaką stworzył klej, do czegoś się przyda. Skaza. No właśnie. Taka skaza na lustrze. Największą słabością mam jest ogrom oddziaływania ich siły.

Mama – jest bogiem.

Ale najdziwniejsze jest to, że w niektórych warunkach oświetleniowych klej w połączeniu z brokatem daje wrażenie oszronienia. Jakby w samym centrum Słońca była bryła lodu. Jakby niektóre skazy były jak lodowiec rosnący bądź malejący przez pokolenia.

Iwona Piszczelska, marzec 2019