Dotyk futra.

nn

Pomysł futrzanej spirali pojawił się wiosną po pewnym warsztacie rozwojowym. Długo miał formę małego szkicu na żółtej karteczce. Przekładałam go z kąta w kąt jak wyrzut sumienia. Byłam w stanie dokładnie sobie wyobrazić całą niepraktyczność obrazu zrobionego z futra.

Gdyby nie konkurs Kolaż-Asamblaż w Olkuszu pewnie nigdy nie doczekałaby się realizacji. Dla umysłu było to brakujące usprawiedliwienie, które nadawało sens.

Pewnym problemem okazało się być samo futro.

Jakiego użyć – naturalnego czy sztucznego? W jakim kolorze? Gdzie je kupić? Jak formować koła? Czym przykleić?
Kiedy już miałam kształt, to co dalej? Czym wypełnić przestrzeń pomiędzy?

Córka podsunęła myśl, by użyć nadmorskiego piasku. Równie niepraktyczny, jak futro. Oprócz tegorocznego, zebranego latem u ujścia Wisły, miałam jeszcze taki przywieziony dawno temu z Bornholmu i zafarbowany w domu na różne kolory. Czekał, aż odważę się go użyć.

Wlałam klej pomiędzy futro, wsypałam piasek. Włosy stały się nadmorską trawą przerastającą piach. W centrum umieściłam szklaną kulkę.

Kiedy inaczej uczesałam futro, zobaczyłam kwiat. Zaskoczyło mnie, na ile różnych sposobów mogę uformować futrzaną spiralę.

Futro jedzie do Olkusza…

Jesienią zgłosiłam tę i jeszcze jedną pracę na konkurs do Olkusza. Obie były realizacją pragnienia duszy, by czemuś ulotnemu i pozornie bez sensu nadać formę. Miałam nawet lekki zgryz, czy aby na pewno tego typu pracę mogę wysyłać w świat.

Ucieszyłam się niezmiernie, gdy okazało się, że futrzak przeszedł eliminacje. Podekscytowana spakowałam go starannie i powierzyłam poczcie. Nie mogłam się doczekać co będzie dalej.

Minęło kilka dni. W międzyczasie wypadł weekend, więc się jeszcze nie niepokoiłam. Ale kiedy przesyłka ciągle była niedoręczona, a mąż zaczął pytać z troską, czy aby na pewno wszystko u mnie w porządku, dotarło do mnie, jak bardzo mnie to porusza.

Poszukiwania.

Ślad urywał się w Centralnej Sortowni Poczty. W końcu tam pojechałam, na drugi koniec miasta, aż za tor wyścigowy. Powietrze pachniało końmi. Znalazłam właściwy budynek, strażnik połączył mnie z informacją i… dowiedziałam się, że moja praca już opuściła sortownię i jest w Krakowie.

Uff. Poczułam ulgę. Ale też i złość. No bo jak to? Robię obraz, wysyłam go z misją na konkurs, a on zagubia się gdzieś po drodze, jakby miał swoją własną wolę? Co to za porządek?!
Później przyszła też refleksja z zupełnie innej perspektywy:
Może ja też jestem takim obrazem? Kto mnie stworzył i po co? Czy realizuję tę intencję? A może raczej korzystam z wolnej woli i też się właśnie gdzieś zapodziewam? Jaką „przesyłką” jestem ja?

Wernisaż w Olkuszu był dla mnie objawieniem. Tylu autorów i tyle dzieł. Idee, pomysły, przemyślenia zamknięte w tak dziwnych i niepraktycznych formach. Obejrzenie tych prac mnie uskrzydliło. Kiedy wróciłam do domu kolejne asamblaże popłynęły wartkim strumieniem.